Było sierpniowe popołudnie w słonecznej Walii, mniej więcej dwa lata temu. Pracowałem wtedy na campingu jako strażnik łamane przez dozorca i przez większość czasu nie wyściubiałem nosa z otoczonego przez graniaste szczyty ośrodka. Tego dnia coś jednak podkusiło mnie do wycieczki do oddalonego o srogie 40km Porthmadog – planowałem uzupełnić spiżarnię i szybko wrócić nad jezioro. Los chciał jednak inaczej – przechadzając się alejkami Carrefoura zobaczyłem JĄ. Była drobniutka, ubrana w czerń i czerwień, od razu przyciągała wzrok. Minąłem ją raz, niby przypadkiem podszedłem ponownie. Za trzecim razem zrozumiałem – muszą ją mieć!

Zazwyczaj nie robię zakupów spontanicznie, szczególnie jeśli chodzi o temat tak mi bliski jak elektronika. Wpierw analizuję swoje potrzeby, następnie sprawdzam rynek, wybieram kilku zawodników, przeglądam fora i czytam opinię. Dopiero wtedy gotowy jestem zadacydować który z modeli zasłuży na przychylność Króla Jakuba.
Z Motką E pierwszej generacji było inaczej – dokładnie tak jak to opisałem we wstępniaku. W tym czasie wciąż opierałem się smartfonom i doskonale radziłem sobie ze starym przyciskowcem, niezniszczalnym LG GX200 (którego notabene wciąż używam). Jednak ujrzawszy co mogę dostać za marne 70 funtów brytyjskich szybko zmieniłem nastawienie i wpakowałem Motkę do koszyka. Niedawno minęły dwa lata od rzeczonego zakupu, a tydzień temu nabyłem nowy telefon co jasno oznacza, że czas spędzony z Moto E dobiegł końca. Pora na podsumowanie naszego związku.

Z góry uprzedzam – cykl „Po latach” to nie są recenzje, byłoby bez sensu – przecież tego sprzętu nikt już nie kupi. To bardziej wspominki i ocena wyboru, którego kiedyś dokonałem w połączeniu w małą (anty)reklamą firmy, która wypuściła dany produkt na rynek – odpowiedź na pytanie, czy warto zaufać danemu producentowi w kolejnych zakupach.
Odnosząc się do powyższego akapitu może być trudno jednoznacznie podsumować produkt Motoroli – w końcu, kiedy nabyłem ich telefon firma należała jeszcze do Google, teraz jest zaś własnością chińskiego Lenovo, które rzecz jasna mogło wtrącić swoje trzy grosze do procesu produkcyjnego, niekoniecznie pozytywne.
Tak czy inaczej.. Jak możecie zauważyć z tabelki powyżej – Motka była typowym budżetowcem, co jednak niespotykane – oferowała „zajebiście dużo za zajebiście niewiele”. Za ówczesną równowartość 380zł (w Polsce była oferowana za 5 stówek i to tylko na Allegro) dostawaliśmy czystego Androida z gwarancją aktualizacji prosto od Google, niezły ekran pokryty Gorilla Glass 3 i przyzwoity aparat 5MP. Telefon z miejsca zyskał na popularności, a ta szybko przełożyła się na wparcie forum XDA. Mimo, że oficjalne wsparcie producenta zakończyło się na aktualizacji do Lollipopa 5.1 to nieoficjalne romy tj. Cyanogen Mod 13 już od dawna serwują stabilnego Marshmallowa.

Jak Moto E się zestarzała?
Z gracją. Mimo znikomej wartości bardzo dbałem o telefon – etui, folia na ekran, ostrożna obsługa – dość powiedzieć, że w ciągu tych dwóch lat Motka upadła mi zaledwie kilka razy i ani razu nie odbiło się to na jej wyglądzie. Z drugej strony trzymałem ją w kieszeni z bilonem/kluczami, a efekty tej praktyki łatwo możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.

Jedną z wad fabrycznych, na którą narzekano dość licznie był lichy port minijack, który szybko się wyrabiał i nie stykał tak jak należy. Ta przypadłośc dopadła również i mnie – spacerując i słuchając jednocześnie muzyki musiałem stale trzymać rękę na wtyku w telefonie, tak by zbytnio się nie ruszał, bo przerywająca piosenka strasznie wnerwiała. Szczęśliwie przesiadka na słuchawki BT całkowicie rozwiązała ten problem.

Coś za co z miejsca pokochałem Moto E to była jej ergonomiczność – telefon jest malutki (szczególnie w porównaniu z dzisiejszymi trendami) – doskonale leży w dłoni i nie zawadza w kieszeni. Obłe kanty, uwypuklenie na grzbiecie, wklęsłe kółeczko z logiem „M” – to wszystko wciąż ma swój urok i stało się dla mnie wzorcem w poszukiwaniu dobrze zaprojektowanych słuchawek. Dość powiedzieć, że z wymianą nosiłem się już od poprzedniego roku wciąż naiwnie czekając, że jakiś producent odpowie na potrzeby mojego segmentu rynku i wypuści małego ale ślicznego i mocarnego smartfona. Bo, nie oszukujmy się, moc Motki od samego początku była jej piętą achillesową.

Snapdragon 200, 1GB RAM, 4GB na dane. Ta specyfikacja już „na sucho” przywodzi na myśl poprzednią epokę i tak było w istocie. Aplikacje uruchamiają się ślamazarnie, wielofunkcyjność kuleje bo RAMu wciąż za mało i kolejne appki „ubijają” poprzednie. Dołóżmy do tego maleńki dysk, gdzie dla użytkownika zostaje jakiś jeden Gigabajt i mamy telefon, który bardziej przypomina feature phone od Nokii, aniżeli iPhone’a.
Dość długo mi to nie przeszkadzało – w końcu do cięższych zadań używałem tabletu, który i tak przez większość czasu miałem ze sobą. Na smartfonie zainstalowałem jakiś komunikator, email, Spotify, a do tego czytnik RSS i Pocketa oraz parę appek systemowych. I do tego telefon nadawał się znakomicie. Znacznie gorzej bywało kiedy chciałem skorzystać z map albo translatora, gdyż te są strasznie pazerne na przestrzeń dyskową, albo przejrzeć jakąś stronkę – nie dość, że nawet Opera Mini mocno zajmowała procesor to jeszcze nawigowanie na ekranie 4.3″ dalekie było od ideału.
Moto E pierwszej generacji jest smartfonem dla kogoś, kto nie potrzebuje smartfona.



Dwa lata temu byłem osobą, która często podróżowała i której nie zależało na posiadaniu wybajerzonego telefonu w kieszeni. Bardziej poszukiwanymi cechami była wytrzymałość, dobra bateria i niski koszt, aby w razie utraty/zniszczenia nie płakać rzewnymi łzami. Do tego opisu Motka z 2014 roku pasowała znakomicie.
Teraz zmieniły się czasy i zmieniłem się ja. Potrzebę wytrzymałej obudowy zamieniłem na pragnienie ekranu AMOLED, dobra bateria nie jest już tak ważna jak stabilne wifi, a i łatwiej mi dołożyć parę groszy więcej na solidny CPU i kilkadziesiąt GB na dane.
Co stanie się ze starą Motką? Z pewnoscią nie powędruje ani na złom ani do szafy – to wciąż sprawny i przydatny kawałek elektroniki. Być może stanie się awaryjnym hotspotem? Telefonem zabawką dla dziecka za parę lat? Naręcznym PipBoy’em? Możliwości jest sporo, ale to już temat na osobny artykuł.