W swoim życiu imałem się wielu zawodów. Swoją pierwszą stówkę zarobiłem handlując świątecznym karpiem na lokalnym bazarze. W czasie studiów pobierałem żołd jak prawdziwy żołnierz, ucząc się obsługiwać broń na wakacyjnym przeszkoleniu wojskowym. Pakowałem tulipany w Holandii. Zbierałem truskawki w Szkocji. Ścinałem drzewa w Niemczech. Zaganiałem kozy w Hiszpanii. Obsługiwałem wczasowiczów na kempingu w Walii i w gruzińskim hostelu. Uczyłem angielskiego w Chinach i w Polsce.

Sporo. Prace, choć skrajnie różne, miały jeden wspólny mianownik – były tymczasowe. Bez względu na to co wtedy robiłem, miałem pewność, że za rok, dwa czy dziesięć będę zajmować się czymś zupełnie innym. I nawet wiedziałem czym – IT.
Już w podstawówce jak większość moich szkolnych kolegów chodziłem po lekcjach do pobliskiego sklepu komputerowego aby choć na chwilę pobawić się myszką i klawiaturą. A kiedy w wieku 15 lat otrzymałem pierwszego peceta wsiąkłem w ten świat na dobre. W tych czasach najważniejsze oczywiście były gry, ale, że systemy wciąż się rozwijały w bólach, różnorakie błędy były bardziej codziennością aniżeli wyjątkiem. Dość powiedzieć, że Windowsa trzeba było tak raz na rok przeinstalowywać i ładować wszystko „od zera” aby osiągnąć jako-taką kulturę pracy. A sama instalacja 95-ki odbywała się pod DOSem, wszystko tekstowo za pomocą linii komend. Bez Internetu. To wszystko irytowało, ale jednocześnie uczyło obsługi i konserwacji komputera, a przede wszystkim – rozwiązywania problemów – chleba powszedniego każdego specjalisty od IT.

Lata mijały, a pasja wciąż trwała. W liceum miałem pierwszą styczność z programowaniem – w Pascalu którego obecnie już prawie nikt nie pamięta. Na studiach doszedł C++ który wciąż jest popularny, szczególnie w gamedevie. Wtedy też programowanie przydało mi się po raz pierwszy – akurat wsiąkłem w przeglądarkową grę polegającą na podboju kosmosu, przejmowaniu planet i walkach z innymi graczami. Kiedy obczaiłem już wzór wegług którego toczą się bitwy, opracowałem prosty kalkulator który je symulował i doradzał minimum: ile i jakich jednostek należy użyć aby wygrać potyczkę. To dało mi ogromną przewagę nad resztą graczy i przekonało, że produkcja oprogramowania to coś wartego rozważenia.

Tak na maginesie, jak sobie przypomnę teraz kod tego kalkulatora to myślę, że złamałem wtedy wszystkie zasady poprawnego projektowania aplikacji. Wszystko było upakowane nie tylko w jednej klasie ale i w jednej funkcji. Nazwy zmienych od „a” do „z” (a potem a1, b1 jak mi się już literki pokończyły..). Żadnej logiki w strukturze, po prostu w graficznej warstwie kompilatora dodawałem przycisk albo pole tekstowe, potem szukałem tego w kodzie i dodawałem odpowiednie polecenia. Ch***ia z grzybnią, no ale działało!
Kiedy kończyłem studia wiedziałem, że los prędzej czy później zaprowadzi mnie z powrotem przed ekran komputera, ale wtedy nie była pora na taką stabilizację. Miałem 25 lat, chciałem podróżować i przeżywać przygody. Narodził się blog iwasthere.(domenajużdawnowygasła) który wciąż czeka aż w pełni przeniosę go tutaj.

Teraz mam 38 lat i przepowiednia się spełnia – uczę się projektowania obiektowego w Javie, a już wkrótce pojawię się na rynku pracy. Wiem, że takie przebranżowienia stają się coraz popularniejsze, stąd powrót do pisania na blogu. Być może informacje, które tutaj przekażę pomogą niektórym z Was w podjęciu podobnej decyzji i przebranżowieniu się na specjalistę IT. Po więcej informacji zapraszam do kolejnego odcinka.